Poczucie obowiązku, lub też poczucie winy, jakże naturalne i silne u ludzi mojego pokroju, zmuszają mnie do wyjaśnienia mojej dłuższej nieobecności. Najsampierw, zakładając, że wśród czytelników są osoby miłe i współczujące, zaznaczę ze ani mnie ani Felicji nic złego się nie przydarzyło. Mamy się bardzo dobrze. Felicja niechybnie znów przytyła, ja również nie narzekam. Skoro zatroskane serca niewieście uspokoiłem już informacją, ze żyjemy, przejdę teraz do wyjaśnień nieco bardziej szczegółowych.
Ostatnio wspomniałem, że wykwitł nam na ścianie grzyb i po dokonaniu dezynsekcji udaliśmy się z Felicją na spacer. Co też jest prawdą i przyczyną dalszych wypadków. Spacer był długi, a zabieg odgrzybiania, wykonany pobieżnie i nieprofesjonalnie. Tak więc wróciliśmy z blisko trzygodzinnej przechadzki zmarznięci na kość, Felicja głodna, ja śpiący. Otwieram drzwi, wieszam klucz na kołku, uwalniam Felicję z uprzęży (tak, tak nie chodzi bez smyczy bo ja się boję, że ja zgubię, nie nosi obroży bo ja się boję, że ją uduszę – ze strachem i głupotą powyżej pewnego poziomu, dyskutować nie należy), wieszam płaszcz i co widzę? Pleśń jak byłą tak jest. Owalny, porowaty placek w kolorze zgniłej zieleni, dla wojskowych khaki. Spray zostawił tylko plamę i woń chloru. Nienawidzę tego zapachu, od razu przywodzi mi na myśl wspomnienie brzuchatego WF-isty o aparycji rzeźnika, który drewnianym kijem wpycha małego Wacława do wody i wrzeszczy -Nie becz boś nie baba.
Baba, nie baba, pływać nie umiem do dziś, a grzyb dalej siedzi na ścianie i śmierdzi. Złość mnie ogarnęła nagła. Nagła i sroga. Że ja kurwa płacę 800 złotych (złoty to można mieć zegarek albo ząb!!!) czynszu. I fundusz remontowy i wywóz śmieci. I nawet 25 pln składkowego na kwiatki dla pani listonosz co na emeryturę odeszła dałem. I co tam, że ja ani jej nie widziałem na oczy, ani sam emeryrury nie doczekam. Dałem. Bo się staram być częścią czegoś. Częścią społeczności. Nie żeby mi Felicja nie wystarczała. Ale się staram. I co dostaje? Za codzienne dzień dobry. Za taszczenie siatek z zakupami sąsiadkom z wyższego piętra, bo fundusz remontowy naprawy windy nie obejmuje. I co ja, Wacław dostaję? Co? Wilgoć, pleśń, zgniliznę. Śmierć na ścianie. Ze wzburzenia drgawek jakichś dostałem, trzymając się poręczy zbiegłem w dol po schodach i stukam, walę w drzwi dozorcy. Walewski Michał i Alina. Miła para, Czyści, pobożni, lubiani na dzielnicy emeryci. Administrują naszą kamienicą, czyli zamiatają oraz podglądają to i owo w zamian za przyzwoite lokum blisko kościoła.
Zapamiętaj czytelniku, że pleśń na ścianie, Wacław pod drzwiami, dozorca w kapciach. Resztę opowiem wkrótce. Teraz czas na mnie. Felicja śpi, a obowiązki wzywają.